/* #A1CC41 - zielony #8C562C - brazowy */

Przygoda w Darjeeling

 

Przygoda w Darjeeling

 

Dzień ostatni mojej wędrówki. Znajduję się w przepięknym indyjskim mieście Darjeeling. Spokojne miejsce na prowincji u podnóża majestatycznych Himalajów. Mieszkańcy pogrążeni są w swych codziennych obowiązkach. Nad miastem unosi się lekka mgła, zupełnie jakby w powietrzu fruwał lekki obłok. - Jak tu pięknie! - pomyślałem. Żadne inne słowo nie przychodziło mi do głowy. „Niesamowite” brzmi banalnie, „cudowne” zresztą też. Idę stromą, kamienną dróżką. Mija mnie grupka rozbrykanych dzieciaków w różnokolorowych kapotach. Śmieją się i pokazują palcami, coś szepcą potem znów się śmieją. - A to gałgany – pomyślałem. Czy mogę zrobić zdjęcie? – zapytałem sam siebie w duchu. Nie chcę ich wystraszyć, ale jak tylko wrócę do domu pokażę wszystkim, opowiem. Włosy na karku stanęły mi dęba kiedy usłyszałem przenikliwy krzyk. To był krzyk kobiety. Dzieciaki musiały coś przeskrobać, bo ze smutną miną pobiegły do matki i zniknęły za drzwiami wejściowymi drewnianego domku otoczonego skromnym, lecz wyjątkowo pięknym i zadbanym ogródkiem. Ruszyłem dalej.

 

Przystanąłem na chwilę. Lekko nieporadnie wyjąłem z torby aparat. Tę chwilę trzeba było uwiecznić na zdjęciu. Po chwili wyjąłem z plecaka książkę. Wiedziałem! Dokładnie ten widok widnieje na okładce. Duże zielone pola, podpis Darjeeling. Widok zapierał dech w piersi, tętno przyspieszyło, żyła na skroni zaczęła intensywnie pulsować. Postaram się opisać ten widok najlepiej jak tylko potrafię, choć dłonie się trzęsą na samą myśl, a zroszone potem palce ślizgają się na przyciskach klawiatury.

 

Nad zielonymi polami majestatycznie wznosiły się wzgórza Himalajów zupełnie jakby miały pełnić ważną rolę, chronić mieszkańców przed wszelkimi niebezpieczeństwami. U podnóża gór rozpościerały się piękne pola, które spływały kaskadą ku dołowi mieniąc się wszystkimi  odcieniami zieleni a gdzieniegdzie można było dostrzec niewielkie, młode drzewka o spiczastych koronach. Stojąc tam na górze, odniosłem wrażenie że patrzę na imponujących rozmiarów trójwymiarową, zieloną płachtę podzieloną niczym patchwork na równiutkie, prostokątne części. Czy mogę coś jeszcze dodać? Nigdy nie byłem dobry w opisywaniu widoków. To trzeba było przeżyć, tego trzeba dotknąć, poczuć zapach, poczuć mgłę. Zdjęcie czy krótki film to tylko dodatek, coś, co można odtworzyć, pamięć pozostanie na zawsze. Właśnie sięgając pamięcią do mojej podróży do Indii, chciałbym opisać coś, co sprawiło, że czuję wyjątkowe ciepło kiedy myślę o tym miejscu. Chyba muszę zrobić sobie krótką przerwę zanim spróbuję przelać myśli na klawiaturę. Do mojego kubka już wsypałem łyżkę namiastki miasta Darjeeling i zalałem wodą. Tylko trzy minuty dzielą mnie od upragnionego relaksu. Wrócę jednak do mojej opowieści. Jak dobrze, że mam pod ręką ciepłą herbatę...

 

 

Darjeeling panorama

 

 

Kiedy tak stałem, podziwiając niesamowity widok jaki przyszło mi oglądać, do głowy uderzyła dziwna i zawstydzająca myśl. Przyznam szczerze, że jak na mężczyznę przystało, nie chciałem przyznać się nawet przed samym sobą, że zbłądziłem. Tak zwyczajnie zgubiłem drogę, nie wiedziałem gdzie się znajduję ani dokąd mam pójść. Mając za sobą lata studiów z Indologii, dwuletni pobyt w Kalkucie i liczne podróże, mój nieskażony umysł doświadczonego podróżnika nie chciał nawet przyjąć tego faktu do świadomości. Jestem perfekcjonistą, przyznaję, dlatego poczułem falę wściekłości, która zaczęła zalewać całe moje ciało. Nigdy nie wychodziłem w obcym kraju na tereny mi nieznane bez wcześniej dokonanej analizy zagrożeń, a jednak stało się - tego nie mogłem już pojąć. Robiło się powoli ciemno, a gniew ustępował miejsca lekkiemu niepokojowi. Myślałem, że zapytam pierwszą napotkaną osobę dokąd iść, ale nie dojrzałem nikogo. Pustka. Nie ogarniała mnie jeszcze panika. Sięgnąłem do kieszeni po telefon komórkowy. No tak, nie mam tu zasięgu – powiedziałem do siebie.

 

Ciemność nie była najgorszą rzeczą, jaka miała się wydarzyć. Powoli robiło się chłodno, a żołądek skręcał mi się z głodu. Postanowiłem że pójdę w kierunku drobnych chatek majaczących gdzieś na dole. Może ktoś mi pomoże. Z tą pokrzepiającą myślą ruszyłem w wybranych kierunku. Poczułem się jak w jakimś, dziwnym filmie, lecz to nie była fikcja wymyślona przez jakiegoś zbzikowanego reżysera. Domki były spowite mgłą, nastała głucha cisza. Podskoczyłem gdy gdzieś niedaleko głośno zawył pies. Ani żywej duszy. Przystanąłem chwilę by nasłuchiwać. Czy to możliwe, że w domkach nikogo nie ma? Może mieszkańcy mają jakieś święto, może wszyscy poszli w inne miejsce? Tylko ja głupiec samotny jak palec pośród zielonych pól Darjeeling. Szukając wzrokiem choć jednej zapalonej w oknie lampki, powoli traciłem nadzieję. Gdy tak stałem pogrążony w najczarniejszej z czarnych myśli, spojrzałem w mglistą dal. Wtem moim załzawionym od wiatru oczom ukazał się dość dziwny widok. Na drewnianych schodkach wiodących do jednego z tych małych, drewnianych domków dostrzegłem zarys sylwetki. Był to kształt, kontur który zarysowywał się gdzieś w oddali. Cień był mały i skulony, nie poruszał się. Prawie czułem jego miarowy, wolny oddech choć nie wiedziałem nawet czy należał on do człowieka czy też do dużych rozmiarów psa. Z sercem ściśniętym tak że ledwo mogłem oddychać, podszedłem ostrożnie kilka kroków. Wiedziałem, że może zdarzyć się wszystko, że to prawdziwe życie, a nie kryminał, którego akcja toczyła się w Indiach. Czy ja brzmię jak tchórz? Czy szanowny Pan Podróżnik miał cykora? Miał i nie próbujcie się śmiać. Każdemu zmiękłyby kolana w takiej sytuacji.

 

Idę dalej czując chłód. Żołądek skręcił się i sam już nie wiem czy to z głodu czy strachu. Nagle, będąc już kilka metrów od chatki, stało się coś czego spodziewać się mogłem, ale wcale nie dodało mi to animuszu. Cień poruszył się niespokojnie i wstał na nogi choć z niemałym trudem. Teraz już widziałem dokładnie, że nie był to wielki pies, tylko człowiek. Bardziej człowieczek, zgarbiony i dzierżący w dłoni laskę. Poczułem się lepiej na duszy, a spokój powoli wracał. Skoro nawet nie próbował zatrzasnąć za sobą drzwi, na pewno będzie tak miły by udzielić mi rady dokąd mam się udać. Staruszek przyglądał mi się z zaciekawieniem, zupełnie tak jakby nigdy nie widział człowieka o jasnej karnacji, z dziwnym plecakiem z wypchanymi po same brzegi kieszeniami. Mój ubiór też dalece odbiegał od codziennego odzienia tutejszych mieszkańców, a mimo to bezzębny, starszy jegomość uśmiechnął się, gdy zapytałem w jakim jestem miejscu. Na imię mu było Kaushik co w języku hindi oznacza mędrca, człowieka rozsądnego. Zachęcającym gestem przywołał mnie do środka.

 

 

Darjeeling panorama 2

 

 

Izba, w której się znaleźliśmy była mała i choć uboga, sprawiała wrażenie bardzo przytulnej i ciepłej. Na ścianach wisiały różnobarwne dywany i narzuty, były też kolorowe obrazki przedstawiające kwiaty, bardzo ładne zresztą. Na środku izby stał dosyć spory, ociosany stół z trzema krzesłami. Zauważyłem, że na jednym z nich spoczywał śnieżnobiały kłębek. Dopiero gdy przyjrzałem się mu bliżej, dostrzegłem że kłębek oddycha i w rzeczywistości jest kotem. W kominku w rogu pokoju wesoło tańczyły iskry, zapomniałem o tym małym, śpiącym stworzonku i jak dziecko  bezmyślnie pobiegłem do źródła ciepła. Zatrzymałem się by ogrzać zmarznięte dłonie. Zrobiło mi się niezwykle głupio, ale starzec tylko się uśmiechnął i powiedział w swoim języku

 

- Musisz być bardzo głodny i przyda Ci się ciepła herbata. - Nie czekając na moją odpowiedź, podszedł do starej, podniszczonej kuchenki i wstawił na ogień pordzewiały czajnik z wodą.

 

- Zrobię Ci herbaty, najlepszej w całym Darjeeling. Tak samo się nazywa.

 

- Słyszałem już o tej herbacie i czytałem o jej uprawie. - odpowiedziałem.

 

- Dobrze, że jesteś ciekawy świata, ale przez dotyk oraz zapach więcej się nauczysz – odparł Kaushik.

 

Ryż z rybą pochłonąłem błyskawicznie. Już dawno nie byłem tak głodny. Herbata była gorąca. Nad niewielkim kubkiem unosiła się delikatna para. Wyczuwałem lekko kwiatowy, cudowny aromat. Herbata Darjeeling posiadała piękny, złocistobrązowy kolor.

 

- To jest duma naszego miasta – odezwał się mój towarzysz. - Herbata darjeeling ma długoletnią tradycję. Jej początki sięgają już 1835 roku. Po tybetańsku dorje znaczy błyskawicę, a ling miejsce lub krainę. Można powiedzieć, że to „kraina błyskawicy”.

 

Chciałem zapytać skąd on to wszystko wie, ale ugryzłem się w język, poza tym niegrzecznym by było przerwać starszej osobie dlatego pominąłem mój zamiar i tylko słuchałem dalej.

 

- Zaczęło się od Brytyjczyków, którzy byli w konflikcie z Nepalem. Dwóch oficerów Lloyd i Grant, zatrzymali się na zachód od Darjeeling i byli pod ogromnym wrażeniem tego miejsca. Postanowili, że wybudują tu sanatorium. Wkrótce zyskali poparcie swoich rodaków. Wynegocjowali z królem stanu Sikkim zgodę na pobyt w Darjeeling. Stosunki te pogorszyły się jednak z powodu uwięzienia Brytyjczyków przez władze. W końcu Rajah zgodził się ich uwolnić, ale pod jednym warunkiem. Mieli oni opuścić to terytorium. Gdy ów konflikt się zakończył, powstał Ogród Botaniczny Lloyda, a plantacje herbaty były coraz bardziej liczne.

 

Tu starzec zatrzymał się, wziął łyk herbaty, pociągnął lekko nosem i spojrzał na kota, który teraz wskoczył mu na kolana i domagał się pieszczot.

 

- Wiesz Kamilu – moje imię wypowiedział z lekkim trudem – dlaczego herbata darjeeling ma taki cierpkawy smak? - Pokręciłem przecząco głową czując zaciekawienie. - To przez ten chłodny, mglisty klimat, opady deszczu i bardzo ciężką pracę kobiet, które zbierają liście herbaty. - Podrapał kota za uchem, a ten zaczął mruczeć zupełnie jak ten dachowiec z reklamy w telewizji. Widać, że mu się bardzo podobało, choć patrząc na Kaushika odniosłem wrażenie że jemu też sprawiał przyjemność widok szczęśliwego zwierzątka. Mówił dalej.

 

- Tutaj znajduje się około 87 plantacji. Zbiory rozpoczynają się wczesną wiosną w marcu. Napar z tych liści ma jasną barwę i orzeźwiający smak. W maju i czerwcu zrywamy liście w połowie dojrzałe, by wreszcie w październiku i listopadzie zebrać liście dojrzałe w pełni, które dają napar ciemniejszy, taki jak ten, który pijesz.

 

Dowiedziałem się od mojego hinduskiego przyjaciela, że coraz częściej produkuje się tutaj herbaty zielone. Uprawia się je na ekologicznej plantacji Ambootia. W smaku jest łagodna, choć nie brakuje w niej nutki goryczy. A więc tutaj też idzie się z duchem czasu i wychodzi naprzeciw smakoszom herbat.

 

Następnego ranka obudziło mnie słońce, które natarczywie próbowało przeniknąć przez szybę do miejsca gdzie leżałem. Było mi ciepło, zastanawiałem się gdzie też stary mędrzec się udał. W pośpiechu nałożyłem na siebie ubrania i wybiegłem przed chatkę. Kaushik patrzył jak słońce wschodzi i opromienia swym blaskiem całe pole, które o tej porze posiadało szmaragdowozielony odcień.

 

- Sąd to wszystko wiesz? – zapytałem, nawiązując do wieczornej opowieści.

 

- Mój pradziadek był właścicielem jednej z plantacji – odrzekł. - Przekazujemy sobie tę wiedzę z pokolenia na pokolenie, a i tak to, o czym ci wczoraj opowiedziałem to jedynie malutki zalążek.

 

Żal było mi opuszczać to spowite mgłą miejsce, pełne magii i tajemniczości. Żal było mi rozstawać się z moim nowym przyjacielem. Kaushik podczas śniadania na które składały się ryż, soczewica i ryby, szczegółowo wytłumaczył mi gdzie jestem, a więc nie było już innego wyjścia jak wziąć plecak i wracać do domu. Na pożegnanie podarowałem staruszkowi książkę o Darjeeling z tymi zielonymi polami na okładce. Choć nie rozumiał ani jednego słowa, które było w niej zapisane, przeglądał obrazki i zdjęcia, które się w niej znajdowały. Ucieszył się bardzo i uśmiechnął się szeroko.

 

- Bahut bahut śukrija -  powiedział ze łzami, które teraz pojawiły się w jego mądrych, pooranych zmarszczkami oczach. To w języku hinduskim oznacza „dziękuję bardzo”. Sięgnął do szafki. Moim oczom ukazały się przeróżne woreczki o wielu kształtach, małe i duże, pękate oraz wąskie. Wręczył mi 3  największe, na których wśród hinduskich napisów odczytałem kolejno nazwy po angielsku: „Darjeeling Margaret's Hope, Darjeeling Snowview i Darjeeling Himalaya. Podziękowałem bardzo i uściskałem mocno Kaushika, tak że ten przez moment stracił równowagę i zachwiał się niebezpiecznie. Pomachał mi na do widzenia, a ja ruszyłem w drogę powrotną. Może kiedyś jeszcze nasze drogi się zejdą, może opowie swej rodzinie o naszym spotkaniu, może wspomni kiedyś o mnie choć przez jedną chwilę. Ta przygoda była najbardziej niezwykłą, jaką udało mi się przeżyć.


 Po powrocie do domu smakowałem tych cudownych herbat, częstując rodzinę i przyjaciół, delektując się tymi aromatycznymi darami. Zauważyłem, że Darjeeling Margaret's posiada delikatny smak i aromat. Snowview zaś posiada smak wyrazisty, powiedziałbym nawet że pikantny. Ostatnia Himalaya ma za to mocny, bordowy kolor naparu, sam napar jest mocno aromatyczny. Mój ociec upodobał ją sobie, a najlepiej smakuje mu z odrobiną cukru.


W ramce na biurku stoi teraz zdjęcie moje i hinduskiego przyjaciela, zrobione na pożegnanie polaroidem. Jedno wręczyłem jemu, ciekawe swoją drogą gdzie spoczywa ta druga fotografia. Jestem szczęśliwy, że mogłem podzielić się moimi wspomnieniami z wizyty w Darjeeling. Jednak teraz muszę wyłączyć komputer, bo moja żona już się niecierpliwi i nie wybaczy mi że po tej miesięcznej rozłące nie spędzam z nią wystarczająco dużo czasu i siedzę godzinami przy komputerze, podczas gdy ona czyta kobiece czasopismo, zerkając co chwilę nerwowo na zegarek i chrząkając co jakiś czas znacząco. Nie wie, że za rok  planuję zabrać ją ze sobą. Pragnę pokazać Ani jak piękne są Indie. A potem...kto wie? Może podzielę się z Wami kolejnymi wrażeniami?

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij